Od całkiem niedawna mieszkam solo w nowym wesołym lokum. Początkowo zmierzyłam się z dramatem jakim były zielone ściany i sufit.. generalnie nie tam, że złe fluidy, fung feng czy yin & yan albo tai czi, tylko, ze był to kolor starej miętówki, który dopadał mnie zaraz z rana jak tylko otwarłam oko. W znanym markecie na T**** kupiłam 5 litrową farbę za 9.99.. I miało byc cudownie, ale okazało się, że trzeba nałożyć 3 warstwy, z których każda "stygnie" godzinę... więc wyszło jak wyszło..dalej widzę miętówko-pastę do zębów po przebudzeniu, bo nie starczyło mi już na sufit... ale przekręcam się i już jest ok :) Za to na środku pokoju został mi pewnien brzydal.. wygląda dokładnie jak ten poniżej, z tą różnicą, że ma trzy "łapy" a nie pięć.. Była próba schowania w siatce z H&M, ale to wyglądało chyba jeszcze gorzej... Jak się skończyła ta opowiaska dowiedzą się mili czytelnicy w następnym odcinku..
Krzysztoforkowa dziunia wycina sobie pierniczone serduszka świąteczne. W witrynach okiennych bujają się mikołaje, renifery i inne świąteczne fiki miki. Jeśli się tak zastanowić to pojawiły się już zaraz po 1 listopada..a może i przed? Siedzę właśnie w pieleszach domowych, delektując się ostatnią godziną wolnego. Dopieszczam ostatki kwartalnego pisemka i juz nie mogę się doczekac kiedy pysznie się wyśpię...ale juz niebawem..A jednak zza węgła łypie na mie jedym okiem metodyka projektowania, a zaraz za nią szczerzy kły projekt grzejników i logo dla 'niewiadomokogo'.... ale udaję, że ich nie widzę..i zbieram siły na próbę baletową:)